PROJEKT "13" PIERWSZE POLSKIE LITERACKIE UNIWERSUM POSTAPOKALIPTYCZNE

niedziela, 25 sierpnia 2013

DROGA ŚLEPCÓW KONKURS


WYNIKI KONKURSU


Wyniki 14.09.2013
Bardzo dziękuję za nadesłane na konkurs miniatury literackie. Ciężko było wytypować najlepsze...
I miejsce - Ewa D. (Graniczna)
II miejsce - Karol S. (Chynów)
III miejsce - Joanna F.
Wyróżnienie - Ewelina 6978 

W związku z wielkim, literackim wydarzeniem: LiteraTura I Wrocław, które odbędzie się w mieście spotkań w sobotę 31 sierpnia 2013 roku, zapraszam wszystkich chętnych do wzięcia udziału w mini konkursie literackim.


Napisz drabble, czyli miniaturę literacką, która zawiera dokładnie sto słów.
Temat konkursu: Droga ślepców.
Dowolna interpretacja tematu. Dowolny gatunek literacki.
Termin nadsyłania prac: 11 września 2013 r.
Adres, na który należy przesyłać prace: m.dryj@interia.pl  
z dopiskiem w temacie wiadomości: Droga ślepców konkurs.


Nagrody:

I miejsce - książka "Droga ślepców" z autografem; czasopismo "Opowieści Niesamowite" nr 1(5) 2013, które jest zbiorem opowiadań (między innymi Pilipiuk, Kańtoch, Bochiński, Kyrcz, Kain) z moim tekstem: "Bezprawie" i autografem oraz e-book "Mroczne dusze".




II miejsce - książka "Droga ślepców" z autografem oraz e-book "Pentagram. Antologia grozy".




III miejsce - e-book "Szklane miasto".


Przesyłka nagród (książek) na terenie RP - gratis. Przesyłka e-booków drogą mailową na podany adres.
Powodzenia!



czwartek, 22 sierpnia 2013

LiteraTura I Wrocław 2013



LiteraTura I Wrocław 2013

Wielka akcja promująca czytanie książek!
Sobota 31 sierpnia 2013 o godzina 14.00 - Park Staromiejski (Teatr Lalek); pl. Teatralny 4
„Umiem czytać wszędzie”
Godzina 16.00 Księgarnia Matras; ul. Świdnicka 28
„Labirynt literackich doznań”
Godzina 16.00 Teatr Arka; ul. Mennicza 4 (wejście od ul.Świdnickiej 28)
„Opowiem Ci o…”
Godzina 20.00 Wymarsz spod Matrasa; ul. Świdnicka 28
„I co tam się w słowach chowa”
Godzina 20.45 Most Tumski (Most Zakochanych)
„Zaczytani są wśród nas”
Godzina 21.00 Antykwariat Szarlatan; ul. Szczytnicka 51
„Nowe do starego”
Godzina 22.00 Pergola – Wrocławska fontanna przy Hali Stulecia; ul. Wystawowa 1
„Wrocławskie inspiracje – uwolnij książkę”
Godzina 23.00 After Party; Rynek

Wydaj książkę razem z Nami
Zapraszamy wszystkich Autorów, w szczególności debiutantów pragnących urzeczywistnić własne marzenia, czyli wydać swoją książkę.
Księgarnia Matras ul. Świdnicka 28 od 16.00 do 20.00
- 25 %* na wszystkie artykuły nie objęte promocją w dniu 31.08.2013 podczas trwania ewentu.
* promocja nie dotyczy podręczników, nie łączy się z innymi akcjami wewnętrznymi.
Warto wybrać się na spotkania autorskie, będzie możliwość porozmawiania i otrzymania autografów a poza tym wystawy, warsztaty dla młodszych, starszych i najstarszych miłośników literatury.

Moc atrakcji gwarantują:
Agnieszka Gil, Anna Teluk-Lenkiewicz, Magdalena Zarębska, Krystian Głuszko, Karolina Wilczyńska, Anna Pawłowska-Koziar,
Paweł Pollak, Ałbena Grabowska-Grzyb,
Sergiusz Pinkwart, Stanisław Karolewski, Kasia Szewczyk, Ewa Bauer, Marek Dryjer, Szymon Adamus, Anna Rybkowska, Anna Pasikowska,
Łukasz A. Zaranek, Kornelia Romanowska, Anna Strzelec, Katarzyna Petrykowska, Krystyna Januszewska, Marta Grzebuła,
Katarzyna Georgiou, Iwona Grodzka-Górnik,
Bożena Mazalik, Urszula Jaksik, Magdalena Woźniak, Krzysztof Pochwicki, Jacek Inglot,
Aleksander Sowa, Anna Piecyk, oraz inni...


Partnerami akcji są:
Kawiarenka Kryminalna, Granice.pl, Antykwariat Szarlatan, Warszawska Firma Wydawnicza, Telewizja Polonijna, Księgarnia Matras (Świdnicka 28), Stowarzyszenie Sztukater oraz inni...

Szczególne podziękowania wydawcom, którzy poczynili ten niezwykły trud marketingowy i umożliwili zatowarowanie księgarni, dzięki nim mamy multum nagród i atrakcji, które czekają właśnie na was!
Do zobaczenia na miejscu :))




środa, 13 marca 2013

MROCZNE DUSZE PREMIERA



Marek Dryjer


"Mroczne dusze"
Wydawnictwo E-bookowo
2013


Wyjątkowy dzień (13.03.13) - wyjątkowa, więc premiera::)
Na razie do kupienia na stronie wydawcy - niebawem e-book będzie dostępny u większości dystrybutorów!
http://www.e-bookowo.pl/nowosci/mroczne-dusze.html

Dwa cytaty ściśle powiązane z tekstem powieści...



„Człowiek doświadcza nieustannie cierpienia, światem rządzi
zło i zbrodnia, z którą zmaga się jednostka pozbawiona
pomocy Boga, którego nie ma." 
„Dżuma” Albert Camus


„Choćbym też miał dar prorokowania, znał wszystkie
tajemnice, posiadł całą wiedzę i wiarę miał taką, co góry
przenosi, a nie darzył nikogo miłością – nic bym nie znaczył.”
1 List Św. Pawła do Koryntian

wtorek, 12 marca 2013

GŁOS FANTASTYKI (2) 2013


Głos Fantastyki (2) 2013

Magazyn fantastyczny do ściągnięcia za friko w formatach PDF, EPUB, MOBI http://www.pismo.kwartalnik.eu/


W numerze:  
• WYWIAD Z DOMINIKIEM RETTINGEREM – ROZMAWIAŁA JOANNA WASILEWSKA
• DARIUSZ DOMAGLASKI
Autorytety naszych czasów
• DOROTA KUŚMIREK–WRZOS
Inne przyjemności: Czytanie
• JAKUB ŻULCZYK
Och, Rafał (fragment)
• MAREK DRYJER
Miasto umarłych ludzi
• KORNEL MIKOŁAJCZYK
8311200047806
• JULIA BERNARD
Cyklop
• MAREK ŚWIERCZEK
Koniec
• KRYSTIAN „ANANSI” CITOWICKI
Puzzlen
• FRAGMENTY KSIĄŻKI: „PAULINA ŻUCHOWSKA – PAMIĘTNIKI 2005R – 2011R
• RECENZJE
Pomnik Cesarzowej Achai t. 2
Herosi
Hobbit: niezwykła podróż
Hobbit – niezwykła podróż?
„Zdumiewająca sprawa Nakręcanego Człowieka”
Nieśmiertelność zabije nas wszystkich
Okrutny Wiatr
Portret Pani Charbuque/ Asystentka Pisarza Fantasy
Świat bez bohaterów
Teoria Diabła i inne spekulacje
Trupia Farma. Sekrety legendarnego laboratorium sądowego, gdzie zmarli opowiadają swoje historie
Wilczyca i Córka Ziemi
Delirium
Igrzyska Śmierci
Viva l’arte Kłamca
Mądrości Shire. Krótki poradnik, jak żyć długo i szczęśliwie.
Ostatni Smokobójca
Paskuda & Co.

http://www.pismo.kwartalnik.eu/





poniedziałek, 11 marca 2013

"Sodoma i Gomora" Cormac McCarthy

Recenzja


Vaquero
Metafizyczny western



„Sodoma i Gomora”

Cormac McCarthy

Wydawnictwo Literackie

2013



Miłość jest ślepa
Tak, psze pana...

Prawda stara jak świat. Życie bywa jednak przewrotne. Nikt nie wie do czego prowadzi to odurzające i zaślepiające uczucie, i jaki spotka go przez to ostateczny los. Więcej romantyzmu trudno wykrzesać z czegokolwiek innego, stąd temat fascynacji i miłosnych uniesień idealnie koegzystuje z przepięknymi, surowymi pejzażami pogranicza Stanów Zjednoczonych i Meksyku, tworząc w przypadku Sodomy i Gomory baśń, legendę o codziennym życiu niestrudzonych kowboi.

Książka jest podzielona na cztery rozdziały, które stanowią cztery części jednej, prostej na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, historii. To alegoria czterech pór roku i nawiązanie do czterech stron świata, do wolności, która w życiu kowboja jest dobrem nadrzędnym, do nieokiełzanej przestrzeni, surowej natury. Epilog wieńczy dzieło i zamyka Trylogię Pogranicza. Nawiązuje w nim pisarz do swych poprzednich wielkich dzieł, do własnej biografii. W ogóle książka wydaje mi się być nie tyle pamiętnikiem z życia pisarza, co jego pragnieniem, a nawet niedoścignionym wręcz marzeniem za odwiecznym prawem natury – za miłością, z którą różnie w jego życiu bywało.

Początek książki wydaje się być nudnawym wstępem, który wciąż nie może się zakończyć, a  książka rozkręcić, nabrać właściwego rytmu, ale jest to złudne myślenie, gdyż autor w ten sposób przygotowuje nas do tego, co ma dopiero nastąpić, oswaja z cudem własnego świata, nie tylko literackiego, wciąga w tragiczną w skutkach, jak się okaże i co u Cormaca nie jest niczym nowym, historię. Wielką puentę, którą doskonale znamy. Pasja życia, wolność wyborów, prawość, szaleńcza odwaga, hołdowanie ideałom, czegoż więcej może chcieć od życia dorastający chłopak, stający się mężczyzną, czegoż, jeśli nie miłości… Czyż McCarthy jej także nie pragnął, czyż nie chciał być bohaterem własnej powieści? Może i nie miał takich zamiarów, ale tak się właśnie stało. Niespełnione marzenia, pasmo złych wyborów, przemijalność życia, nostalgia za utraconym, wreszcie wspomnienia.

John Grady to… Cormac McCarthy, to także większość z nas, mężczyzn, w sferze marzeń, oczywiście. Ich historia jest zbieżna, tożsama, ale po kolei. McCarthy trzykrotnie żonaty. Pierwsze małżeństwo rozpadało się kilka lat po ślubie, owocem tego związku był pierwszy syn. Pisarz wyrusza na stypendium do Europy, na statku poznaje piosenkarkę i tancerkę, z którą niebawem się żeni. Ich pełna pasji miłość, także nie przetrwała próby czasu. Po powrocie z wojaży do ojczyzny, McCarthy samodzielnie odnawia dom, w którym jeszcze przez jakiś czas razem mieszkają.

John Grady także zajmuje opustoszałą ruderę, którą w pocie czoła remontuje dla ukochanej Magdaleny. Jego największy przyjaciel, Billy, nie wierzy, że młody kowboj podoła, ale do motywu przyjaźni jeszcze wrócimy. Czyż Magdalena, choć prostytutka, nie mogła być metaforą tancerki, Anne? Ich miłość także była burzliwa, skazana na smutny koniec. Pisarz w ten sposób powraca do minionych czasów. Z trzecią żoną, Jennifer, z którą McCarthy żyje do dzisiaj, ma swojego drugiego syna, Johna (zbieżność z imieniem głównego bohatera Sodomy i Gomory?), dla którego w późniejszych latach pisze kultową już „Drogę”, książkę pełną pasji i emocji, o miłości ojca do syna (lęki ojcostwa w podeszłym wieku, widać w tekście aż nadto). Piękna książka o miłości, tak samo zresztą, jak Sodoma i Gomora.

John i Billy, przyjaciele na dobre i na złe. Trylogia Pogranicza („Rącze konie”, „Przeprawa”, „Sodoma i Gomora”), która zatoczyła koło i w finalnej części splotła ich losy. Męski świat, bogactwo przyrody, bezkresne stepy, wielka pasja – konie, których opisy zajmują większość książki. Czy w takim świecie jest jeszcze miejsce dla kobiety, miłości? Ano jest, i dobrze, że McCarthy ten wątek pociągnął do końca, nie wpadając w sztampowe szablony przerysowanych westernów. Jest wielkim pisarzem, zróżnicowanym literacko, stąd fani „Krwawego południk”, do których się zaliczam, w trakcie czytania tej książki, mogą poczuć się lekko oszukani. Ale gwarantuję, że dopiero całość powieści, może całkowicie odmienić postrzeganie tego tekstu. Nie jest on może tak wyrafinowany edytorsko, poetycko, jak „Krwawy południk”, ale zdań wybitnych w nim nie brakuje.

„Tu, na peryferiach miasta pejzaż niskich szop z blachy i desek z drewnianych skrzyń. Parcele nagiej ziemi i żwiru, a dalej równiny szałwii i krzewów kreozotowych. Piały koguty, a w powietrzu unosił się zapach tlącego się węgla drzewnego. John Grady skierował się na wschód w szarym świetle dnia i ruszył do miasta. O zimnym świcie pod ciemnym płaszczem gór paliły się wciąż latarnie, z typową dla pustynnych miast kompletną beztroską. Drogą zbliżał się z przeciwka jakiś mężczyzna poganiający osła, który dźwigał na grzbiecie wysoki stos drewna na opał. W oddali zaczęły bić kościelne dzwony. Mężczyzna posłał chłopakowi chytry uśmiech. Jak gdyby dzielili jakąś tajemnicę. Dotyczącą po trosze starości i młodości, ich roszczeń oraz uzasadnień tychże. I roszczeń wobec tych roszczeń. Świat, który już przeminął, i świat, który nadejdzie. Ich wspólna przemijalność. A nade wszystko głęboko zakorzeniona świadomość, że piękno i strata to jedno.” (Sodoma i Gomora, str. 105/106)

Początek książki, zbyt wiele przekleństw, nijak wprowadza to w akcję, a rzeczowy „skór…”, pojawia się co piąte zdanie. No cóż, taki urok. Ogólnie wieje nudą, do czasu setki króliczych łbów wbitych w zderzak samochodu i rozkrzyżowanej sowy na rozbitej szybie pojazdu. Tak mogliby rzec miłośnicy krwawych scen, których w tej powieści także nie zabraknie, choć nie są one najważniejsze. Dobre tłumaczenie Macieja Świerkockiego, utrzymujące równy poziom przez całą lekturę.

Konie, konie i jeszcze raz konie… John i Billy poświęcili dla nich całe swoje życie, potrafią odczytać mowę ich ciała, poznać kontuzję nogi po zaledwie drżącym uchu, wiedzą, że są inteligentne. Poczucie humoru McCarthego, poza wątkiem miłosnym, wysuwa się w tej powieści na plan pierwszy. Genialnie bawi nas pisarz znakomitymi dialogami, w ogóle są one nie tyle lepsze, co ciekawsze niż narracja, i jest ich dużo. Od początku widać, że książka była pisana z myślą o scenariuszu filmowym. Będzie, więc i film. Choć ja osobiście nie mogę się już doczekać ekranizacji „Krwawego południka” – czy filmowcy podołają, wątpliwe; czy kreacja aktorska Holdena, da radę, mało prawdopodobne, niestety, ale smaczek jest.

John Grady, znawca koni, młokos zakochany w prostytutce, której los, nie był jej wyborem. Poznajemy prawdę o niej, smutną, bolesną. Prawdę o życiu, w którym uczestniczymy, gdzie dobro jakże często przegrywa ze złem. W tej książce jest to nade wszystko widoczne. Młody kowboj, który poświęca wszystko dla ukochanej, pasję, konia, przyjaciół, wreszcie także i… Nie zdradzajmy jednak wszystkiego. Wspaniałe opisy surowego świata, pełnego niebezpieczeństw, ale i dającego poczucie wolności. Targi koni, w których John bierze udział, jego wielkie wyczucie, bystrość oka, prawie jak w „Zaklinaczu koni” z R. Redfordem w roli głównej, metafizyka i poezja w jednym. Wzrok konia wpatrzony w ludzkie oko.

Nocne wypady na pastwiska, przejażdżki pośród śpiącego na paśniku bydła. Wściekłe, dzikie psy, zagryzające pojedyncze sztuki, wybrane ze stada, tropienie ich, pogoń za nimi, wirujące ponad głowami jeźdźców lassa, krwawy finał tego polowania. Scena odmalowana niezwykle malarsko, których w twórczości pisarza nie brakuje. Jedna z zabitych suk, była matką. Odnalezienie miotu, podjęcie wielkiego ryzyka, wydobycie szczeniąt. Kiedy John Grady mówi o jednym z psów, że nareszcie go znalazł, że będzie jego ulubionym, jedynym, łza kręci się w oku. Najbardziej walecznym ze wszystkich, wciśniętym w najdalszy kąt skalnego zagłębienia, jak dodaje. Jak on w ogóle przeżył, co robił tak daleko, dlaczego nie zbliżył się, nie był z pozostałymi psami?, zastanawia się. Pewnie opiekował się tym martwym, dodał jego kompan. Trwał przy jedynym szczeniaku, który nie ocalał. Nic dodać, nic ująć.

Cormac jak nikt inny w jednej chwili potrafi rozebrać nas z emocji do gołej kości, by potem cudownie wzruszyć. Ten pies, staje się symbolem jego przyjaźni z Billym, wtedy gdy robi rachunek sumienia, prosząc go, aby w razie czego się nim zaopiekował, by oddał obrączkę właścicielowi, którą od niego otrzymał po zmarłej żonie (piękna symbolika), i którą miał założyć Magdalenie na palec. Wielka przyjaźń dwóch kowboi, która zostaje wystawiona na morderczą próbę, zabita, jeśli w ogóle można tak powiedzieć przez miłość do kobiety.

„Przypowieść o ślepcu”, który odmawia przyjacielowi, Johnowi, funkcji padrino jego wybranki, jest niezwykle biblijna. Pisarz uwielbia wszelką polemiką z biblijnymi tekstami, cytatami, aspektami, a także odniesieniami do kanonu religii, i tym razem nie rezygnuje z tego, stąd moja interpretacja tytułu powyższego fragmentu recenzji. Magdalena także nieprzypadkowo otrzymała od autora takie, a nie inne imię – ciąg dalszy odwołań. Jej osoba, tragiczna, niczym z szekspirowskiego dramatu, jest pozbawiona nadziei, ale nie woli; widzimy piętno jej losu.

McCarthy na każdym kroku, w każdym rozdziale swoich książek polemizuje z tak zwaną Boskością, z Jej prawami, z bytem i niebytem, z jestestwem siły wyższej, Opatrzności, poddając pod wątpliwość Jej istnienie. Bijące dzwony, spadające z nieba gwiazdy, ile razy widzimy te obrazy przed oczami, czytając twórczość tego wybitnego egzystencjalisty. Człowiek jest zły z natury, te słowa głosi, i po wielekroć udowadnia nam, autor, miłośnik, pasjonat życia na pograniczu dwóch odrębnych kultur, dwóch światów, dobra i zła, piękna i brzydoty, życia i śmierci, miłości i nienawiści. Granica rozdzielająca te przeciwstawne materie, jest niezwykle cienka, łatwo, więc jest ją nieświadomie przekroczyć, można się wtedy zagubić, można też już nigdy nie powrócić.

„Stykają się tutaj dwa światy. Myślisz, że ludzie mogą sobie stwarzać, co im się podoba? Przywołać jakiś świat, czuwając albo śpiąc? Kazać mu oddychać, a potem porozstawiać na nim figurki, które odbijają się w lustrze albo które oświetla słońce? Napędzać te postacie swoją własną radością i rozpaczą? Czy człowiek może być tak przed sobą ukryty? A jeśli tak, to kto się tu ukrywa? I przed kim?” (Sodoma i Gomora, str. 427)

A ja Wam mówię, że to jest książka o Cormacu McCarthym, sześćdziesięciopięcioletnim znawcy koni i życia na pograniczu Stanów i Meksyku (tyle lat miał, gdy ukazała się Sodoma i Gomora), kowboju, który uwielbia kowbojskie buty i ceni męską przyjaźń, wreszcie samotniku, z tęsknotą powracającym do pełnej błędów młodości – samotniku, pisarzu, i kowboju, bo zarówno w jednej, jak i w drugiej profesji, nie ma za dużo miejsca dla tego, co jest najważniejsze w życiu, i co pięknie nakreślił myślą i słowami w tej poruszającej serce książce. On jak nikt z nas rozumie, że czasu się już nie cofnie.

Uważasz, że konie myślą?
Jasne. A ty nie?
Owszem, tak. Chociaż niektórzy ludzie twierdzą, że nie.
No. Niektórzy ludzie mogą się mylić.
Uważasz, że potrafisz odgadnąć, co koń sobie myśli?
Uważam, że potrafię odgadnąć, co koń zamierza zrobić.
Na ogół.
John Grady uśmiechnął się. Taa, odpowiedział. Na ogół.
Mac (darczyńca obrączki) zawsze twierdził, że koń umie odróżnić dobro od zła.
Ma rację.
(Sodoma i Gomora, str. 77)



sobota, 9 marca 2013

MROCZNE DUSZE

Niebawem w dystrybucji...








"Nadzieje na jutro są atrakcyjne, póki dziś nie stało się wczoraj."
Wiliam Faulkner






czwartek, 7 lutego 2013

Krwawy południk

Przed nami premiera najnowszej książki Cormaca McCarthego! "Sodoma i Gomora" trafi do sprzedaży pod koniec lutego! W oczekiwaniu na premierę, trochę "archaizmów". Recenzja "Krwawego południka" - zapraszam do lektury.





„Krwawy południk” Cormac McCarthy

RECENZJA
STRACH MA WIELKIE OCZY

 „KRWAWY POŁUDNIK ALBO WIECZORNA ŁUNA NA ZACHODZIE”
Cormac McCarthy
Wydawnictwo Literackie
2010

PIĘKNO NATURY KONTRA CIEMNA STRONA LUDZKIEJ NATURY

Piękno krajobrazów pogranicza Stanów Zjednoczonych ukazane z perspektywy mordu na rdzennych mieszkańcach tamtych regionów – eksterminacja Indian w pełnym tego słowa znaczeniu. Książka ukazuje surowość natury, pełnię barw zawartą w przyrodzie, z drugiej jednak strony przedstawia nam ciemny obraz ludzkiej natury, archaicznej osobowości, gdzie słabość nie ma racji bytu. Jest to swoiste zespolenie w jeden wymierny obraz tych przeciwstawnych sobie biegunów pojęcia – natury.

Krwawy południk jest pozycją skierowaną do dorosłego czytelnika, gdzie drastyczne opisy nie pozostawiają żadnych złudzeń – to Armagedon na ziemi, biblijna Apokalipsa, która dokonuje się wprost na naszych oczach. Życie ludzkie nie jest warte nawet funta kłaków, jak słyszymy, a jakiekolwiek sumienie zwyczajnie nie istnieje – wszelka moralność stanowi dawno już zapomniany relikt zamierzchłych czasów. Pisarz w zawoalowany sposób bez ustanku powtarza nam, że człowiek jest zły z natury. Nie wierzę już w moralny postęp ludzkości, mówi Cormac McCarthy – wielki egzystencjalista – w jednym z nielicznych, udzielonych wywiadów.

Wieczorna łuna na zachodzie, to opowieść o Dzikim Zachodzie, jakiego nie znamy, a który wydaje nam się bliższy i prawdziwszy historii – niż ten ukazywany dotąd w romantycznych westernach – pozbawiony dobra, surowy w swej prostocie i diabelsko przy tym krwiożerczy, jak główna postać książki i antybohater w jednym. Holden, łysy, bez brwi i bez żadnego włoska na całym ciele swoją osobą stanowi wybitny umysł; doskonale przy tym wykształcony, obeznany ze światem, znawca języków i obyczajów, zagadkowa postać, posiadacz wielu nieziemskich wręcz talentów – jest przy tym samoistnym tworem natury, jak nam się wydaje, jej duszą i sercem w jednym, jest także głosem płynącym z głębi pozbawionego wszelkich skrupułów człowieka, i nie wiadomo do końca, czy faktycznie istnieje, czy jest zaledwie paraboliczną metaforą, obrazem lęków ukrytych głęboko w człowieku, ciemną stroną jego prawdziwej natury, odwiecznych potrzeb i najskrytszych pragnień, wszak kreuje się przecie na samego Boga. Bo wszystko, co istnieje na ziemi bez mojej zgody, istnieje bezprawnie, mówi nam. Jest sędzią – ale od czego, pyta jeden z bohaterów. Cicho, bo nas usłyszy, a uszy ma jak lis, odpowiada mu drugi. To także bezwzględny zabójca dzieci, pedofil i łowca skalpów w jednym – zło wcielone, postać jakiej trudno doszukiwać się w kanonach literatury. Sędzia Holden, to po prawdzie po trosze każdy z nas, jak stara się nam uzmysłowić autor książki – to także człowiek naszych czasów, ba osobowość każdych czasów i wszystkich miejsc na ziemi.




Głównym bohaterem książki, aczkolwiek drugorzędnym, jest chłopak, na którego wszyscy mówią: „dzieciak” – włóczęga i obieżyświat – który nie przez przypadek staje się cichym współuczestnikiem piekielnej kawalkady śmierci, przemierzając wraz z nią niezmierzone mierzeje dawno już wymarłej, wypalonej ziemi. Spadające gwiazdy – leonidy – na wstępie książki są metaforycznym obrazem tego, że los człowieka od pradziejów jest w nich zapisany. I już kiełkuje w nim pociąg do bezmyślnej przemocy, mówi nam pisarz, starając się uzmysłowić, że nie da się tego wyuczyć, że jest to od nas silniejsze, i że jest w każdym z nas, gdzie nie chłoniemy tego z mlekiem matki, tylko nabywamy z automatu w chwili poczęcia – niezwykle mocne słowa i ciekawa teoria.

McCarthy, jako alter ego „Dzieciaka”? – wielce prawdopodobne. Łączy ich na pierwszy rzut oka niewiele, ale ta końcówka daty urodzenia, po głębszym namyśle, oddaje wszystko. Dzieciak urodzony w 1833 roku i McCarthy (1933) dokładnie sto lat później (sto lat: mała era, pełne pokolenie, kolejne pokolenie, zamknięty okres czasu) – czyż nie stanowi to wymownej symboliki? Autor-bohater literacki, który prowadzi nas nie tylko przez krwawą historię Dzikiego Zachodu, ale przede wszystkim dokonuje próby zrozumienia, rozliczenia mechanizmów rządzących także współczesnym człowiekiem, ściślej – systematyką jego postępowania. Pamiętajmy, że autor był dzieckiem w stadium wzmożonego rozwoju emocjonalnego w okresie II wojny światowej – na myśl przychodzi mi inny egzystencjalista, zdecydowanie bliższy terytorialnie konfliktowi zbrojnemu, rozpoczętemu w 1939 roku, Albert Camus, francuski pisarz urodzony w Algierii w 1913 roku, autor wybitnych powieści: Dżuma (1947) i Obcy (1942). Obu pisarzy łączy zatem coś więcej niż tylko cyfra „3” na końcu daty urodzenia – w ich tekstach zawarte są podobne pytania dotyczące ogólnej kondycji emocjonalnej człowieka.

Szefem bandy z piekła rodem jest Glanton – notabene postać autentyczna – bezkompromisowy człowiek o stu twarzach, alter ego samego Holdena, który nierzadko przemierza wysuszoną na wiór pustynię właśnie w jego cieniu. Toadvine, przyjaciel dzieciaka, jeśli można tak w ogóle powiedzieć, pozbawiony uszu i z wypalonym znamieniem na czole, noszący na szyi szkaplerz z oderżniętych ofiarom, wysuszonych małżowin usznych. Tobin – kapelan i były ksiądz w jednym, choć bez święceń, jak sam często powtarza, jeśli miałoby go to w jakikolwiek sposób tłumaczyć ze zbrodni, w których uczestniczy; postawiony z góry na straconej pozycji w konfrontacji słownej, filozoficznej, prawnej, psychologicznej, wreszcie religijnej z Holdenem.

Krwawy południk nie daje nam odetchnąć ani przez moment. Poetyckie opisy przyrody i genialna stylistyka uporządkowanych zdań, nie pozostawiają złudzeń, że mamy do czynienia z wybitnym tekstem, który wręcz naszpikowany jest licznymi metaforami, odniesieniami do kanonu sztuki biblijnej, ukrytymi zagadkami – jest to także przypowieść, albo jak kto woli powieść z kluczem, w której nie brakuje ukrytych pomiędzy wersami znaków i zagadek. Dialogi są niezwykle wiarygodne, oryginalne, bez myślników, a liczne, krótkie wypowiedzi oraz zdawkowe odpowiedzi bohaterów, oddają charakter poszczególnych scen – doskonale przełożył tekst Robert Sudół, autor tłumaczenia kultowej już Drogi, tegoż samego pisarza. W rozdziale X – saletra i węgiel drzewny, siarka, mikstura – autor ukazuje abstrakcyjny wydawać by się mogło pomysł na pozyskanie prochu strzelniczego i jednocześnie wielką wiedzę doktora, który ratuje w ten sposób oddział zabijaków przed niechybną śmiercią. Pojawia się znikąd, siedząc na gołej skale pośrodku rdzawej pustyni – jedynej skale, jak mówi jeden z bohaterów książki. Pewnie sam ją ze sobą przyniósł – z płócienną torbą na ramieniu, wypełnioną rewolwerami i złotem, bez wody.

Scena ataku Komanczów z IV rozdziału przejdzie zapewne do historii, o to fragment:

„A teraz nawałnica gnających koni o zakrytych z boku oczach i przypiłowanych kłach i nagich jeźdźców z pękami strzał ściskanymi w zębach i tarczami połyskującymi w pyle spadła falangą na tyły rozbitej kompani przy akompaniamencie świszczących kościanych piszczałek, i wiszący u boku rumaków, z jedną stopą w rzemiennej pętli, z małymi łukami napiętymi pod wyciągniętymi końskimi szyjami, okrążyli kompanię, wcięli się klinem, a po chwili znowu na grzbietach, jak woltyżerowie w cyrku, niektórzy z koszmarnymi obliczami wymalowanymi na piersi, tratowali spieszonych Saksonów, rażąc włóczniami i maczugami, zeskakiwali z wierzchowców z nożami w garści, biegali wokół dziwacznym kaczym truchtem jak istoty zmuszone do nieznanych form ruchu, zdzierali z trupów ubrania, chwytali za włosy, cięli po czaszkach tak samo żywych, jak i martwych kawalerzystów, wywijali w powietrzu zakrwawionymi czuprynami, kroili i siekali nagie ciała, wyrywali kończyny, odrzynali głowy, patroszyli dziwne białe tułowia, ściskali garście trzewi i genitalia, niektórzy tak wymazani krwią, jakby się w niej wytarzali niczym psy, inni dopadali umierających i gwałcili ich, krzycząc głośno do swoich pobratymców. Konie poległych wybiegały z dymu i kurzu, gnały dokoła, trzepocząc uprzężą, z rozwianymi grzywami i ślepiami zbielałymi z trwogi niczym oczy ślepców, niektóre pierzaste od strzał, niektóre przebite włóczniami, potykały się i rzygały juchą, miotając się po miejscu kaźni, a później znów nikły w półmroku. Kurz oblepiał mokre nagie czaszki oskalpowanych, z kosmykami włosów poniżej linii cięcia, i ogoleni teraz do gołej kości, leżeli w nasiąkniętym krwią pyle jak odarci z habitów i okaleczeni mnisi, i wszędzie jęczeli i bełkotali konający, rzęziły ranne konie.”

Z czasem przyzwyczajamy się do wielkiego okrucieństwa, jakim naszpikowana jest ta książka, i bez większych oporów czytamy dalej, coraz bardziej godząc się z zaistniałą sytuacją – szok, przerażenie powoli ustępują, i staje się to dla nas, tak samo, jak i dla postaci z książki, powszechną codziennością. Wydłużające się opisy niekończących się kaźni nie są jednak bezcelowe – pisarz celowo mocno rozciągnął ten temat, żeby udowodnić nam, że człowiek na dłużej wpisany w najbardziej nawet nieludzkie, ohydne zachowania, będzie się z nimi powoli oswajał, dostosowując się do nich, aż stanie się to dla niego znormalizowaną codziennością. Normy prawne i moralność poszczególnych ludzi nie są więc w realnym życiu zbyt pewnym bezpiecznikiem przed realizacją doktryny Krwawego południka, stanowią zaledwie ochronę czasową przed kolejnym nieuniknionym przesileniem, przed ekstremum psychiki chorego człowieka-wodza.

Pojęcie eksterminacji nie jest niczym obcym w historii świata, prawie zawsze też idzie w parze z pragnieniem dominacji nad życiem innych i bogaceniem się ich kosztem – Holokaust Żydów, eksterminacja Indian, Ormian, Tutsi, wreszcie ludobójstwo na Bałkanach, i jakże nam bliskie Polaków na Wołyniu w 1943 roku, dokonane przez nacjonalistów ukraińskich z ramienia OUN/UPA, gdzie sotnie, bandy bulbowców i siekierników (tak zwanej „czerni” – okoliczni chłopi, często najbliżsi sąsiedzi swych późniejszych ofiar) bezlitośnie mordowały w najokrutniejszy z możliwych sposobów (rąbanie siekierami na kawałki, palenie żywcem, nabijanie dzieci na drewniane sztachety płotów, rozbijanie ich główek o ściany domów, przecinanie ludzi na pół piłą w drewnianym korycie, obdzieranie ze skóry) kobiety, starców i dzieci. Krwawe pola albo czerwone łuny na nocnym niebie, tylko takie obrazy mam teraz przed oczami.

Brak stanowczej reakcji ze strony reszty świata będzie na przyszłość niemym przyzwoleniem do tego typu niecnych praktyk. Dobrych ludzi w Krwawym południku prawie nie sposób odnaleźć, ale na szczęście tak tam, jak i w życiu są wyjątki od reguły – i warto je odszukać w tym arcyważnym tekście. Biblia Cormaca, ktoś kiedyś powiedział o tej książce, i nie pomylił się prawie wcale, bo jest w niej więcej prawd o nas samych, niźli moglibyśmy to sobie wyobrazić. To jak to jest w rzeczy samej, pytam: człowiek rodzi się dobry z natury, czy może zupełnie odwrotnie, jak twierdzi pisarz – jednoznacznej odpowiedzi nie sposób odnaleźć…